Advertisement
Menu

Żarty się skończyły

Śmiech to zdrowie. Podobno.

Foto: Żarty się skończyły
Zaczyna się gra o wszystko. Piłkarze Realu Madryt doskonale o tym wiedzą. (fot. Getty Images)

Po co oglądasz mecze piłki nożnej? Kiedy ostatni raz zadałeś sobie to pytanie, drogi Czytelniku? Czyż nie bywa tak, że w ferworze goniącej codzienności nawet się nad tym nie zastanawiamy? A warto. Naprawdę warto. Odpowiedzi będą różne. Lubimy to, pasjonujemy się tym, szukamy rozrywki. Ale pierwotne, najgłębiej zakorzenione pragnienie jest jedno. Emocje. Bo futbol to emocje. Chcemy je przeżywać, chcemy się nimi karmić i nimi oddychać.

To nas niegdyś przyciągnęło i po dziś dzień sprawia, że z wypiekami na twarzy zasiadamy przed telewizorami, laptopami czy smartfonami, żeby oglądać, jak 22 facetów ugania się za okrągłym pęcherzem wypełnionym powietrzem. Koniec końców chodzi o to, by doświadczyć czegoś, co jest niedoświadczalne w żadnej innej dziedzinie poza sportem, a wężej – poza piłką nożną. Chodzi o to, by przynajmniej raz na jakiś czas dać się ponieść i w ślad za legendarnym Sir Alexem Fergusonem zakrzyknąć: „Futbol, cholera jasna!”.

Kibic Realu Madryt na nudę narzekać nie może. Szczególnie pod względem przebiegu poszczególnych meczów, bo jeśli chodzi o styl gry, to zdania są podzielone i zapewne można by na ten temat polemizować. Piłkarze w białych koszulkach lubią sobie utrudnić życie i zadbać tym samym o odpowiednio wysokie ciśnienie swoich sympatyków. Nadzwyczaj często zabierają ich na przejażdżkę kolejką górską, fundując im swoiste falowanie i spadanie. Wystarczy przypomnieć sobie sobotnią potyczkę ligową z Leganés.

Kiedy już udało się wyjść na prowadzenie po urokliwej podcince Kyliana Mbappé z jedenastu metrów, Królewscy wykazali się wielką gościnnością i pozwolili Ogórkom strzelić dwa gole. A co tam! Zupełnie jakby wiedzieli, że w drugiej połowie swoje zrobią Jude Bellingham oraz ponownie Mbappé, a trzy punkty i tak zostaną na Santiago Bernabéu.

Nie możemy napisać, że kto trzyma kciuki za Real, ten w cyrku się nie śmieje. Byłaby to wręcz aberracja. W ostatnich latach żaden inny klub ze ścisłej europejskiej czołówki nie dostarczył swoim fanom więcej powodów do radości aniżeli Los Blancos. To fakt, nie opinia. Istnieją mimo wszystko rozgrywki, które zdają się być dla nich zaklętym rewirem. Cyrkiem, w którym madridistas rzeczywiście śmieją się zaskakująco rzadko. Nosi on wdzięczną nazwę Puchar Króla. Tak się akurat składa, że właśnie dziś nasi ulubieńcy powalczą o udział w finale tegoż turnieju.

Wbrew niebagatelnemu finałowemu doświadczeniu Realu Madryt, uczucie gry w decydującym boju krajowego pucharu jest mu stosunkowo obce. Na przestrzeni ostatnich 11 lat udało mu się do niego dostać raptem dwukrotnie. Miało to miejsce w 2014 i 2023 roku. W obu tych przypadkach gra w finale kończyła się triumfem aktualnego mistrza Hiszpanii i Europy, ale najczęściej w rzeczonym okresie zdarzało mu się odpadać na wcześniejszych etapach. Jak choćby przed rokiem, gdy musiał on uznać wyższość Atlético już w 1/8. Tym razem od kwalifikacji do finałowego starcia Los Merengues dzieli tylko jeden krok. Tylko i aż.

Wydawałoby się, że po skromnym zwycięstwie 1:0 w pierwszym półfinałowym spotkaniu na Reale Arena pod koniec lutego, wystarczy w słowie „Finał” postawić kropkę nad „i”. Niewykluczone, że do tego się to sprowadzi, ale takie myślenie przed pierwszym gwizdkiem może być zgubne. Choć Real od dawien dawna wychodzi z założenia, że im trudniej, tym lepiej, to jednakowoż wydaje nam się, że wolałby kolejny raz nie przekonywać się o tym, że nikt nie podstawi mu niczego pod nos na złotej tacy. Tym bardziej, że Real Sociedad nie przyjedzie na Bernabéu, żeby tanio sprzedać skórę. Przyjedzie po to, żeby podjąć rękawicę, odrobić stratę z pierwszej konfrontacji i zameldować się w finale.

Nie będzie miało znaczenia to, że w ciągu ostatniego miesiąca Txuri-Urdin zaliczyli kilka bolesnych upadków. Wysoko przegrali w lidze z Barceloną (0:4), ulegli Sevilli (0:1) i odpadli w 1/8 finału Ligi Europy z Manchesterem United (2:5 w dwumeczu). Wszyscy chyba zgodzimy się, że 10. miejsce w tabeli Primera División nie jest szczytem ani marzeń, ani możliwości fanów zespołu z San Sebastián i podopiecznych Imanola Alguacila. Dlatego też awans do finału Copa del Rey osłodziłby ich bieżącą rzeczywistość. Determinacji im nie zabraknie (jak to Baskowie mają w zwyczaju), więc Mbappé i spółka muszą się mieć na baczności.

Rewanżowy pojedynek z Realem Sociedad w półfinale Pucharu Króla będzie pierwszym z siedmiu, jakie przyjdzie stoczyć Królewskim w rozpoczynającym się kwietniu. Albo też pierwszym z ośmiu, jeśli ekipę z Kraju Basków odeślą do domu z kwitkiem. Ten miesiąc odpowie nam nie tylko na pytanie, czy Los Blancos zagrają w finale Pucharu Króla, ale również na pytanie o to, czy podtrzymają szansę na obronę tytułu w Lidze Mistrzów.

Trzeba to ogłosić wszem wobec – sezon 2024/25 wkracza w decydującą fazę. Choć mamy dziś 1 kwietnia i wypadałoby na każdym kroku płatać figle, to mamy nadzieję, że Real Madryt nie zrobi nam żadnego psikusa. Bardzo byśmy chcieli, żeby zawodnicy Carlo Ancelottiego nie byli dziś w nastroju do dowcipkowania. W tym pozytywnym z naszej perspektywy tego sformułowania znaczeniu. To nie ten czas i nie to miejsce. Żarty się skończyły.

* * *

Mecz z Realem Sociedad rozpocznie się dzisiaj o godzinie 21:30, a w Polsce będzie można obejrzeć go na kanale TVP Sport.

Wyłącz AdBlocka, żeby zobaczyć pełną treść artykułu.

Reklamy są jedyną formą, jaka pozwala nam utrzymywać portal, płacić za serwery czy wykorzystywanie zdjęć, by codziennie dostarczyć Ci sporą porcję informacji o Realu Madryt. Dlatego prosimy Cię o wyłączenie AdBlocka, jeśli w pełni chcesz cieszyć się możliwościami nowej strony i korzystać z naszej pracy. Gracias!

Komentarze

Wyłącz AdBlocka, żeby brać udział w dyskusji.

Reklamy są jedyną formą, jaka pozwala nam utrzymywać portal, płacić za serwery czy wykorzystywanie zdjęć, by codziennie dostarczyć Ci sporą porcję informacji o Realu Madryt. Dlatego prosimy Cię o wyłączenie AdBlocka, jeśli w pełni chcesz cieszyć się możliwościami nowej strony i korzystać z naszej pracy. Gracias!